wrzesień 14, 2009
kwiecień 19, 2009
kielce herby
wiosna, bezchmurne niebo, dzień wolny od szkoły a okolica pełna ciekawostek do odkrycia. zwykle w takie dni szwendałem się w okolicach stacji pkp kielce herby.
dziś po południu odbyłem szybki spacerek po starych dziurach. podkłady kolejowe nabrały już dość energii cieplnej by zacząć wydawać intensywny zapach smoły. parę innych zapachów jakieś oleje, lokomotywownia. te zapachy, promienie słońca na plecach, dźwięk hamującej lokomotywy na chwile przeniosły mnie w czasie do mojego dzieciństwa. chwile stałem na rampie chłonąc te wszystkie ciepłe wrażenia.
cyknąłem kilka zdjęć na czarnobiałym slajdzie:








korzystając z okazji pozdrawiam panią dyspozytorkę ruchu co się tak zagadaliśmy z nią że aż pociąg jakiś przegapiła prawie.
luty 17, 2009
kota
dziś jest dzień kota. korzystając z okazji pozdrawiam wszystkie kociary i kociarzy.
a w sprawach foto. jakis czas temu dostałem od Wuja piekny aparat nikon em z objektywem 35mm f2,5. bardzo zgrabne urządzenie. malutka lustrzanka z niezbyt rozbudowaną guzikologią, co mi bardzo odpowiada. aparat miał zaciętą migawkę co naprawiłem i takie oto pierwsze zdjęcia z niego. używałem filmu fuji jakiegos kinematograficznego i wywołałem w orwoskim wywoływaczu c-14. jak widać c-14 nie wywołuje koloru niebieskiego w tej kliszy. nieważne:










wrzesień 21, 2008
pogoda pod śledziem
w czasie wyzyty u śledziejowiczan pyknałem parę fotek aparatem fed 50. otrzymałem go od Pana Banana i naprawiłem własnoręcznie. podzczas rozkręcania z każdą następna śrubką i nakrętką moje nadzieje na skręcenie go spowrotem (nidy nie wiem jak się pisze “spowrotem” czy “z powrotem”, help) malały drastycznie. mimo że aparat wydaje się prostacki, w środku jest tysięce spręzynek i dźwigni. masakra rosyjska jakaś
jednak wszystko dobrze sie złożyło i aparat funguje. parę niezobowiązujących fot z wypadu po przecier pomidorowy kluski i fajki do centrum w śledziach dolnych. klisza agfa pankine gdzieś z lat czterdziestych ubiegłego wieku przypuszczam:

marzec 8, 2008
cyklistowskie przekonania
dziś jak to ostatnio bywa, miało miejsce takie małe, dziwne, krótkie wydarzenie. otóż zabierałem się własnie do kąpieli. zawsze podczas kąpieli coś czytam i przy okazji słucham. przynoszę taki duży głośnik do łazienki i słucham.
od samego rana chodzi mi po głowie requiem Mozarta. jakiś czas temu próbowałem odnaleźć w domu płytę z tym nagraniem. nie udało się.
szybko wpadłem na pomysł wredny, żeby ściągnąć se tą płytę z sieci. no dobra. wpisałem co potrzebuję i tu pojawił się problem. jest kilka lub kilkanaście albo może nawet kilkadziesiąt wykonań tego koncertu. mówię requiem Mozarta to requiem Mozarta. pacnąłem pierwszy z brzegu plik. po kilku minutach mogłem odtworzyć sobię pierwsze dźwięki spływającej przez druciki muzyki. słucham i wsłuchuje się bo początek cichy. i tak coś mi nie pasuje. za następne parę minut mialem cały plik. jeeeeezu co za syf! wyją jak zarzynane gęsi pastewne. bleee. to nie ta łorkiestra plumka. spróbowałem kilka następnych plików i najbardziej przypasowała mi wersja pana karla bhoma. tą właśnie dziś słuchałem.
woda się lała, karl dyrygował a ja szukałem czegoś do czytania lub oglądnia. nadspodziewanie długo nie mogłem sie zdecydować którą to z mojej biblioteczki pozycję odkurzyć. ostatecznie wybrałem książkę znalezioną gdzieś na strychu u teściowej. książka opowiadająca o mieście Wiedeń. napisana po niemiecku a może nawet po austriacku, niewiem.
zawierała fajne zdjęcia o na przykład pani:
tak sobie prerzucam kartki, przerzucam, patrzę a tu pan karl bhom na zdjęciu!! dziwne spotkanie takie w mojej łazience nastąpiło. pieruna czary jakie?? myślę..
ale do rzeczy, dziś myślałem o muzyce. że najczęściej posiada jakiś rytm, melodię, niekiedy jest cicha i wolna, kiedy indziej głośna i miałcząca. zastanawiałem się z czego może być zrobiona muzyka? a no myślę że może być z czegobądź. na przykład ze wszystkiego co nas otacza. następne pytanie jakie się nasuwa brzmi: jahto? a no tahto
pamiętacie napewno z geografii taką książeczkę beznadziejną “świat w liczbach”? wyobraźmy sobie, że mamy do dyspozycji różne dziwne dane statystyczne, na przykład ilość zgonów albo ilość zjedzonych hamburgerów, ilość
sprzedanych szczoteczek do zębów albo:
itp. w danym rejonie świata. mamy je powiedzmy z rozdzielczością jednego dnia. i teraz bierzemy te dane, każdej z nich przypisujemy określony ton a wartością danej danej modulujemy ten ton. może być modulacja amplitudy lub częstotliwości czyli AM lub FM do wyboru. i s łuchamy co sie dzieje. można przypuszcać że uzyskalibyśmy jakiegoś dziwnego rodzaju szum. ale… biorąc pod uwagę cykle miesięczne (u kobiet też), cykle pór roku, fazy księżyca, aktywność słońca, pewnie uzyskalibyśmy coś w rodzaju pulsu, czyli rytmu. melodią mogłyby być kursy giełdowe
balansując odpowiednio danymi oraz ich stosunkiem napewno bylibyśmy w stanie usłyszeć coś przyjemnego dla ucha. tak intuicyjnie wyczuwam że byłoby to pomieszanie marszu z ambientem. biorąc te same dane z różnych części świata moglibyśmy zacząć mówić o muzyce regionalnej. duże miasta pewnie wydawałyby jakiś świst a pustynie jakieś ciche pomruki burz piaskowych. na antarktydzie rytm dzienny zanikłby ustępując losowym puknięciom, częstszych w dzień polarny, odrywających się kawałków lodowca. i tak dalej i tak dalej…
taki mi przyszedł do głowy instrument dziwny.
korzystając z okazji pozdrawiam Wieśka, tego sąsiada spod ósemki. Siema Wiesiu.
luty 10, 2008
migafka
wczoraj widziałem w tvp kultura ciekawy film. Jeśli prawdziwe jest stwierdzenie w nim wypowiedziane iż amerykanie stanowią 20% populacji ludzkiej a konsumują 80% ziemskich zasobów to ja jestem ostro wkurwiony. ponadto w filmie pokazane było że pieniądze i dobra materialne szczęścia nie dają.
no se myślę w sumie racja. mam taki stary aparat, dostałem go za darmo, więc piniondze nie były w obrocie, na dodatek ten aparat to takie niedobre dobro materialne bo ma zepsutą migawkę a szczęście mi przynosi.
ooo, takie szczęścia moje wyrabia oo:







styczeń 10, 2008
masturbacja polaryzacyjna
a jak juz z szafy wyciągnąłem ten szpszent do oglądania innych małych robaczków to już tak stał na biurku. a jak stał to zaczęło mi sie przypominać jak kiedys oglądałem dzięki niemu jak rosną kryształy różnych substancj chemicznych. a jak zaczęło mi sie przypominać to postanowiłem że powtórzę takie obserwacje.
wogóle że można oglądać takie kryształki pod mikroskopem i to w świetle przechodzącym, na dodatek spolaryzowanym, dowiedziałem się w szkole, do której uczęszczałem w krakowie. tam na laboratoriach z mineralogii zapoznawaliśmy sie z metodą identyfikowania minerałów i skał za pomocą obserwacjii ich szlifów czyli baardzo cieniutkich płytek. taka cieniuteńka płytka wyszlifowana ze skały jest całkiem przeźroczysta i w normalnym świetle jest najczęsciej bezbarwna lub szarawa. natomiast jeśli ją obserwować w świetle spolaryzowanym w dużym powiększenu to będziemy mogli zobaczyć poszczególne minerały tworzące skałę. i teraz najciekawsze i najprzyjemniejsze: wiele minerałów posiada zdolność do skręcania płaszczyzny polaryzacji światła w taki sposób, że w okulare widzimy całe spektrum barw w zależności od minerału, grubości szlifu oraz pozycji względem układu optycznego mikroskopu (dlatego te mikroskopy mają taki stolik obrotowy).
no dobra bo nudzę. to jest ten mikroskop:

a to co się dzieje kiedy w kropli wody zaczynają rosnąc kryształki różnych substancji:
styczeń 6, 2008
powiększenie
..pamiętacie ten film?
ja też dziś odkryłem coś ciekawego. też na negatywie. pisałem gdzieś poprzednio o tym jak dostałem od Mamy Kiela takie stare klisze. no więc dziś postanowiłem wrzucić na skaner kilka z nich.
na początku skupiałem się na treści sfotografowanych księżek. czytałem o sposobach wydobywania minerałów metali ciężkich, płukaniu rudy… takie tam. po czesku też jedna książka się trafiła
z jakimis dziwnymi wykresami gełologicznymi.
no fajnie fajnie. w pewnym momencie trafiłem na kawałek kliszy z takimi maciupeńkimi kropeczkami. jak zrobiłem podgląd na skanerze to wygląło jakby kupy muchy tylko że żółte. zrobiłem skan i okazało się, że to są różnej wielkości kółeczka i miały różne nasycenie koloru.

zrobiłem skan w wyższej rozdzielczości ale później nie wytrzymałem i siągnąłem do szafy po mój, nie ukrywam ostro wypasiony mikroskop. kupiłem go kiedyś za parę groszy z fabryki, w której pracowałem. sprzęt był przeznaczony do likwidacji i wyprzedawali. można w nim oglądać plemniki ……… ekhmmm, na przykład
i jakieś inne małe robaczki.
przystawiłem cyfrówkę zamiast okularu i co zobaczyłem:

śliczne co??!
to chyba jakiś grzyb albo bakteria wpiernicza żelatynę. ciekawe jest to, że skupiska tych kółeczek ciągną się wzdłuż kliszy ale nie na całej jej szerokości tylko w wąskim pasku, jakiś 1cm od brzegu kliszy. na samym środku taśmy, gdzie zwoje dolegają do siebie tych kółeczek nie ma. oznacza to, że ten grzybek czy coś tam może żyć wtedy gdy klisza jest zwinięta w rolkę, w przestrzeni gdzie jeden zwój prawie styka się z drugim.
zachwycam sie tym. myślę sobie: przyroda jest piękna, piękne jest to, że mogę coś takiego zobaczyć i piękne, że mogę komuś to pokazać.
grudzień 20, 2007
grudzień 15, 2007
zwyczaje towarzyskie vol.1
Jak to zwykle ze mna bywa, jak gdzieś u kogoś jestem w gościach, to jedną z pierwszych rzeczy po odbębnieniu wszystkich ceremoniałów jaką robię (czasem nawet ukradkiem) jest generalny przegląd literatury gospodarza. do cholery niewiem skąd się to u mnie wzięło. poprostu kocham przeglądać, dotykać, wąchać stare i/lub ciekawe, niespotykane książki. no i kiedyś byłem u barańskiego i jego laski kiedys w gościach i jak zwykle szperałem w jego, powiedzmy sobie, niepozornej biblioteczce. i na cóz ja tam takiego natrafiłem? ano natrafiłem proszę państwa na “zwyczaje towarzyskie”. do końca imprezy dostałem dwie albo trzy zjebki że przyszedłem w gości a nie czytac książki. w każdym razie przeczytałem ją prawie całą i byłem w kompletnym szoku.
przerażony, rozbawiony, zamyślony, zadowolony, zafascynowany… i takie tam
będąc pod niebywałym wrażeniem tej wspaniałej pod wieloma względami książeczki, postanowiłem podzielić sie nią z wami. książka wydana została w 1928 roku. napisana przez Pana M. Rościszewskiego.
jako że skanowanie zabiera trochę czasu, pozwolę sobię wrzucić pierwszą i chyba najlepszą część tekstu. poprostu niegodziwością i nietaktem byłoby niepodzielenie się tymi wszystkimi dobrymi radami z większą ilością osób, a wypożyczać oryginał i oddawać tomkowi (sory baran, sory karolcia) nie mam zamiaru :)))
oto część pierwsza:









